Czy mówiąc o roślinach, powinniśmy używać słów: inteligencja, komunikacja, zachowania, świadomość czy czucie? Zdaniem Zoë Schlanger – jak najbardziej. Amerykańska dziennikarka naukowa w książce „Światłożercy” podaje setki przykładów pokazujących, jak skomplikowane operacje przetwarzania informacji wykonują rośliny. Przekonuje przy tym, że trwanie w przekonaniu o ich bezwolności i braku intencji jest w świetle współczesnej nauki bezpodstawne.
Tytoń, zaatakowany przez insekty, potrafi wydzielać związki chemiczne przywołujące drapieżnika, który pomaga pokonać inwazję. Pomidor uwalnia w liściach substancje sprawiające, że gąsienice zaczynają pożerać siebie nawzajem. Ślaz „próbuje prognozować”, kiedy i gdzie pojawi się światło, nawet jeśli badacze manipulują jego źródłem. Plemniki paproci uwalniają hormon spowalniający konkurencję innych gatunków, a rzodkiewnik reaguje na dźwięk żujących gąsienic, przygotowując swój system obronny. Nawet liść kapusty wrzucony do wrzątku emituje sygnał elektryczny, niczym "przedśmiertny skurcz".
To tylko niektóre z przykładów, którymi popularyzatorka nauki zwraca uwagę na niedoceniane możliwości flory w zakresie odbierania i przekazywania sygnałów. Choć rośliny nie posiadają mózgu ani neuronów, Schlanger stawia pytanie, czy to wystarczający powód, by zakazywać używania w ich kontekście terminu „inteligencja”. Autorka zachowuje tu badawczą ostrożność, ale podkreśla, że nadszedł czas na zmianę paradygmatu.
Zwraca jednocześnie uwagę, że w dyskusji o roślinach ogromne szkody poczyniła wydana w latach 70. XX wieku książka „Secret Life of Plants”. Przedstawiano w niej badania o roślinach czytających w ludzkich myślach czy preferujących konkretne gatunki muzyki. „Był to tylko piękny zbiór mitów” – pisze Schlanger, wskazując, że wielu opisanych tam eksperymentów nigdy nie udało się powtórzyć. Idee z tamtej książki zakorzeniły się na dobre w filozofii New Age. Uproszczenia i nieścisłości zawarte w tamtej książce sprawiły, że botanicy przez dekady bali się narazić na śmieszność, unikając tematów związanych ze sprawczością roślin.
Schlanger, świadoma, że źle napisana literatura popularnonaukowa może przynieść więcej szkód niż korzyści, z dużą precyzją przedstawia debaty botaników i filozofów.
Przywołuje m.in. spostrzeżenia antropolożki Natashy Myers, która w 2015 roku zwracała uwagę, jak bardzo naukowcy unikają antropomorfizacji w opisach flory. I tak np, nagmine było w dyskusjach nadużywanie strony biernej – naukowcy nie pisali więc, że roślina "reaguje", lecz że "coś na nią wpływa". „Opisywanie i nazywanie tych procesów bez przypisywania sprawczości roślinie jest trudne, niezgrabne i niedokładne” – komentuje autorka.
W ostatnich latach w debacie naukowej zauważalna staje się jednak zmiana narracji w tym zakresie. Dlatego Schlanger zrezygnowała z pracy etatowej w redakcji, by udokumentować ten moment w historii nauki. I ruszyła w podróż po laboratoriach (głównie amerykańskich).
„Nauka zbliżała się do przepaści, znad której nie mogła już zawrócić: nasze przekonanie, że rośliny są niemymi, nieczującymi istotami, wydawało się całkowicie błędne. Ten moment wydawał się doniosły” – czytamy w książce.
Warto dodać, że polska nauka również ma w omawianej w książce dziedzinie istotne osiągnięcia. Szkoda, że autorka w swoich podróżach nie dotarła do SGGW, gdzie prof. Stanisław Karpiński prowadzi pionierskie badania nad systemami komunikacji i przetwarzania bodźców świetlnych przez rośliny.
Książka "Światłożercy" Zoë Schlanger ukazała sę nakładem Wydawnictwa Helion.
Nauka w Polsce
Ludwika Tomala
Fundacja PAP zezwala na bezpłatny przedruk artykułów z Serwisu Nauka w Polsce pod warunkiem mailowego poinformowania nas raz w miesiącu o fakcie korzystania z serwisu oraz podania źródła artykułu. W portalach i serwisach internetowych prosimy o zamieszczenie podlinkowanego adresu: Źródło: naukawpolsce.pl, a w czasopismach adnotacji: Źródło: Serwis Nauka w Polsce - naukawpolsce.pl. Powyższe zezwolenie nie dotyczy: informacji z kategorii "Świat" oraz wszelkich fotografii i materiałów wideo.