Dr Zdanowicz: bez medycyny sportowej nie ma sukcesów w sporcie

<strong>Duże, profesjonalne zespoły medyczne opiekujące się najwybitniejszymi zawodnikami to podstawa sukcesów na wielkich imprezach sportowych. Zespoły działające przy tak znanych klubach piłkarskich, jak FC Barcelona, Manchester United liczą 20-30 specjalistów.</strong> W Polsce na klub piłkarski przypada często jeden lekarz lub nie ma go wcale, a jego rolę próbuje odgrywać masażysta. Podobnie jest w innych dyscyplinach - uważa dr Urszula Zdanowicz z warszawskiej kliniki Carolina Medical Center.

O tych problemach dyskutowano na I Międzynarodowym Kongresie Traumatologii Sportowej i Artroskopii Europy Środkowo-Wschodniej, który odbył się w czerwcu w Warszawie. Zorganizowało go Polskie Towarzystwo Traumatologii Sportowej. Patronem medycznym kongresu była warszawska klinika ortopedyczna Carolina Medical Center, a jego prezydentem - dr Robert Śmigielski, jeden z założycieli kliniki.

Wiedzą na temat organizacji opieki medycznej nad sportowcami dzielili się - podczas sesji piłkarskiej na kongresie - lekarze z piłkarskich klubów: Manchester United, FC Barcelona i Real Madryt

"Obecnie rozgrywki sportowe są na takim poziomie, zawodnicy muszą startować tak często i tak istotna jest ich regeneracja, że na świecie nikt już nie dyskutuje nad potrzebą zatrudniania lekarza klubowego, a nawet zespołu lekarzy różnych specjalizacji - fizjologa, lekarza sportowego czy traumatologa" - mówi dr Zdanowicz, która uczestniczyła w czerwcowym kongresie.

"W Polsce niestety nadal toczą się dyskusje, czy lekarz klubowy w ogóle jest potrzebny. U nas nawet nie wszystkie reprezentacje kraju w piłkę nożną mają lekarza" - ubolewa.

Specjalsitka zwraca uwagę, że medycyna sportowa boryka się też z wieloma innymi problemami, m.in. badaniami kontrolnymi sportowców raz na pół roku.

LEKARZ Z LICENCJĄ

Dr Zdanowicz przypomina, że dwa lata temu, jeszcze za czasów prezesa Michała Listkiewicza, Polski Związek Piłki Nożnej wprowadził przepis, który zobowiązywał kluby piłkarskie do współpracy jedynie z licencjonowanymi lekarzami (z uprawnieniami do zajmowania się zawodowymi piłkarzami). Kluby, które nie miały licencjonowanego lekarza miały płacić duże kary pieniężne.

"Polska była pierwszym krajem na świecie, który wprowadził taki system licencjonowania. Staliśmy się wzorem do naśladowania dla innych krajów europejskich" - podkreśla rozmówczyni PAP.

W kwietniu obowiązek ten został jednak zawieszony na wniosek klubów, które często nie mają pieniędzy na lekarza.

Dlatego, czasem dochodzi do sytuacji paranoidalnych - ocenia specjalistka - bo na przykład na mecze wyjazdowe jedzie masażysta albo fizjoterapeuta, a ponieważ w Polsce nie ma ustawy dotyczącej fizjoterapii, więc osoby te mają bardzo różne wykształcenie. "Nie zawsze są po Akademii Wychowania Fizycznego i po rehabilitacji. Czasami ukończyły tylko kursy masażu. I taka osoba wbiega na przykład na boisko do zawodnika po urazie głowy i decyduje, czy może on p grać dalej, czy ma zejść. Jest to wbrew prawu i rozsądkowi" - uważa dr Zdanowicz.

Podkreśla przy tym, że w piłce nożnej licencje mają i trenerzy, i sędziowie, więc naturalnym wydaje się, by i lekarze również je mieli.

Specjalistka zaznacza zarazem, że obecnie pojawiła się nadzieja na korzystne zmiany, gdyż trwają rozmowy nad nowym kształtem przepisu regulującego obowiązek posiadania lekarza przez kluby piłkarskie.

POTRZEBA ZMIAN

Według dr Zdanowicz, drugą ważną kwestią, która w Polsce wymaga regulacji są badania okresowe sportowców. Przypomina, że w Polsce jest ustawa, zgodnie z którą badania potwierdzające zdolności do uprawiania sportu u zawodników do 21. roku życia mogą się odbywać bezpłatnie w poradniach sportowych. Natomiast po 21 roku życia powinni za nie płacić albo sami zawodnicy, albo związek sportowy.

Rozmówczyni PAP przyznaje, że wiele np. klubów II-ligowych to kluby biedne i starcza im ledwo na rozgrywki, a zarobki ich zawodników są niskie. "Opiekuję się teraz II-ligowym klubem piłkarskim w Otwocku. Klub nie zawsze może sobie pozwolić nawet na pokrycie kosztów podstawowych badań, nie mówiąc już o rozszerzonych. A ci zawodnicy, oprócz piłki nożnej albo jeszcze studiują, albo pracują dorywczo, więc też ich nie stać, żeby badać się prywatnie. Z kolei, gdy pójdą do lekarza rodzinnego to on im powie, że nie ma wskazań, by młodej, zdrowej osobie robić tak dużo badań. Zresztą trudno im się dziwić, bo nie mają oddzielnego kontraktu na robienie badań sportowcom" - tłumaczy specjalistka.

Jej zdaniem, trzeba wprowadzić takie zmiany, by badania okresowe zawodników odbywały się na takiej samej zasadzie jak np. badania pracownicze, za które płacą zakłady pracy.

"Teraz, wykonywanie badań zawodnikom zależy od tego, jak bogata i popularna jest dana dyscyplina sportowa, albo ile pieniędzy ma klub czy związek sportowy. Często zdarza się, że pieczątki o wykonaniu badań są załatwiane +na lewo+, a zawodnicy tak naprawdę nie są szczegółowo badani" - mówi dr Zdanowicz.

Według niej, sytuacja mogłaby ulec poprawie, gdyby lekarz klubowy mógł mieć takie uprawnienia, jak lekarz rodzinny. "Gdyby podpisywał kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia, choćby tylko na swoich zawodników, to bez problemu mógłby zlecać im niezbędne badania" - wyjaśnia.

"Tu można wprowadzić zmiany na bardzo wielu poziomach, ale muszą one mieć charakter systemowy. Nie można po prostu liczyć na to, że prezes jakiegoś klubu czy związku będzie na tyle światły, by zrozumieć potrzebę zatrudniania lekarza i wykonywania badań" - ocenia specjalistka.

DEFICYTOWA SPECJALIZACJA

"W wielu środowiskach w Polsce nazwanie kogoś lekarzem sportowym nadal jest wręcz obraźliwe, bo oznacza kogoś, kto się nie zrealizował w innych dziedzinach medycyny i dorywczo zajmuje się jakimś tam klubem, nie mając w zasadzie praktyki lekarskiej. Natomiast na całym świecie najlepszymi sportowcami zajmują się właśnie najlepsi specjaliści" - mówi dr Zdanowicz.

Aby nie stracić kontaktu z medycyną i swoich umiejętności, lekarze ci mają jednak pewne ograniczenia - mogą maksymalnie 50 proc. swojego czasu spędzać z zawodnikami.

Dlatego w dyscyplinach sportowych, w których jest dużo zgrupowań, zwłaszcza zagranicznych - bo w Polsce nie ma np. odpowiednich ośrodków - jeden lekarz nie wystarczy.

"Na przykład kadra pływaków, którą się opiekowaliśmy (w zespole dr Roberta Śmigielskiego) miała zgrupowania za granicą często blisko przez 300 dni w roku, więc nasz zespół medyczny liczył ponad 20 osób, w tym 5 lekarzy wyjeżdżających na zgrupowania, którzy się wymieniali. Nikt przecież na 300 dni na zgrupowanie nie pojedzie, bo straci swoje umiejętności lekarskie. Ale taki zespół lekarzy kosztuje" - podkreśla dr Zdanowicz.

Jak dodaje, skład takiego zespołu musi być raczej stały, by lekarze znali swoich zawodników i w razie potrzeby potrafili szybko ocenić powagę objawów. To nie mogą być przypadkowe osoby. Poza tym, lekarz, który wyjeżdża na dłużej będzie prawdopodobnie oczekiwać wyższego wynagrodzenia, bo w tym czasie nie ma go w pracy i nie może brać dyżurów.

Według rozmówczyni PAP, w Polsce specjalistów z medycyny sportowej jest za mało, by przebadać wszystkich zawodników raz na pół roku. 300-400 lekarzy ma aktualny certyfikat Polskiego Towarzystwa Medycyny Sportowej. Tymczasem samych zarejestrowanych zawodników piłki nożnej jest kilkaset tysięcy, nie wspominając o innych dyscyplinach sportowych. "Żeby przebadać wszystkich, lekarze ci musieliby pracować 7 dni w tygodniu po 12 godzin i na każdego zawodnika mogliby i tak poświęcić jedynie 5 minut" - podkreśla.

Taki stan rzeczy wynika m.in. z tego, że specjalizację tę można zrobić dopiero po innych specjalizacjach, co wymaga pójścia na 2-3-letni staż. A mało, który lekarz pracujący zawodowo może sobie na to pozwolić - przyznaje.

"Dlatego dr Śmigielski proponował, żeby to lekarze rodzinni mogli mieć uprawnienia do badania zawodników - tj. specjalne kontrakty z NFZ. Do specjalistów medycyny sportowej kierowaliby tylko wówczas, gdyby badania wykazały jakieś odchylenia od normy lub w razie wątpliwości. Przecież jeśli lekarz rodzinny otrzyma protokół, jakie badania ma zrobić w danej dyscyplinie sportowej, to je zrobi i będzie w stanie ocenić ich wyniki" - uważa dr Zdanowicz. Dzięki temu każdy zawodnik mógłby być rzetelnie zbadany. Pomysł jednak na razie upadł.

Z MEDYCYNĄ SPORTOWĄ - LEPIEJ I BEZPIECZNIEJ

Według dr Zdanowicz, medycyna sportowa nie tylko pozwala na to, by wyniki sportowe były lepsze, obciążenia sportowców większe, a rekonwalescencja szybsza, ale też - poprzez wpływ na modyfikację zasad i przepisów - by dyscypliny sportowe stawały się bezpieczniejsze dla uprawiających ją ludzi.

"Na kongresie rozmawiałam z fizjoterapeutką klubu Manchester United - Amandą Johnson, która powiedziała mi, że w Anglii zabroniono dzieciom do 16. roku życia brać udział w turniejach, gdyż trener zazwyczaj chce wtedy wygrać, bo od tego zależy na przykład finansowanie jego klubu. A skoro chce wygrać to przetrenowuje zawodników i przez to oni, choć są świetnymi juniorami, do seniorów już nie dorastają. Tak właśnie niestety dzieje się często w Polsce. W Anglii trener jest rozliczany z tego ilu przekaże zawodników do wyższej grupy wiekowej, a nie z tego, ile pucharów zdobędzie z 12-latkami" - tłumaczy specjalistka.

Według niej, w Polsce zdarza się że chłopiec dobry w piłkę nożną gra 4-5 meczów tygodniowo - w klasie, w reprezentacji szkoły, w swoim klubie i jeszcze zazwyczaj w jakiejś reprezentacji wojewódzkiej. Do tego dochodzą jeszcze treningi. W związku z tym, w ogóle nie ma okresów rekonwalescencji.

Takie przetrenowanie i przeciążenie fizyczne w młodym wieku sprzyja wielu problemom zdrowotnym. "Po pierwsze, młodzi zawodnicy łapią kontuzje, po drugie intensywne ćwiczenia siłowe w fazie rozwoju hamują wzrost i zawodnik może już nigdy nie dorosnąć do wymiarów, które są pożądane w jakiejś dyscyplinie sportowej, np. siatkówce" - wyjaśnia.

Poza tym, jeśli dzieci zbyt wcześnie mają specjalizację ruchową, to nie mogą się dobrze rozwijać ogólnie - nie osiągają dobrej kondycji i koordynacji ruchowej.

"Kiedyś pytano słynną łyżwiarkę figurową Katarinę Witt, dlaczego jest taka dobra. Ona podobnie jak inne zawodniczki jeździ na łyżwach od 3. roku życia. Ale w jej szkole zawodnicy do 10. czy 12. roku życia nie robili żadnych figur, tylko uczyli się samej jazdy. Najpierw więc nauczyła się świetnie jeździć, a potem - gdy zaczęła ćwiczyć figury, przy których mogła np. doznać kontuzji - radziła sobie z tym dużo lepiej niż dzieci, które robią piruety w wieku 5 czy 6 lat, gdy nie mają wystarczająco dobrej koordynacji mięśniowo-ruchowej i proporcji ciała takich, jak osoby dorosłe" - tłumaczy dr Zdanowicz.

Specjalistka przytacza też wyniki badań przeprowadzonych w Holandii, które wykazały, że dzieci dużo odbijające piłkę głową doznają mikro-wstrząśnień i ich IQ może spadać nawet o 30 - 50 punktów. "Jest to sporo, bo jeśli weźmie się pod uwagę, że osoba średnio inteligentna ma IQ równe 100, to spadek o 30 punktów jest już na granicy upośledzenia umysłowego. Dlatego np. w niektórych krajach się zabrania dzieciom główkowania" - podkreśla.

Według niej, w USA i we Francji dzieci uprawiające sport mają specjalną książeczkę, w której zapisują każdą swoją aktywność fizyczną. I na przykład, gdy chłopiec gra w baseball, to nie może wykonać w tygodniu więcej rzutów piłką niż jest przypisane danej kategorii wiekowej. Chodzi o to, aby uchronić go przed przeciążeniami.

"Takie właśnie sprawy reguluje medycyna sportowa. Lekarze przekazują swoje obserwacje do federacji sportowych i wtedy one mogą modyfikować przepisy. Dla przykładu, FIFA wprowadziła zakaz ataku z tyłu na nogi. Wcześniej lekarze z komisji medycznej FIFA i UEFA wykonali analizę wideo urazów powstających podczas meczy i okazało się, że atak z tyłu na nogi powoduje urazy tak dramatyczne w skutkach, że tego zabroniono" - wyjaśnia dr Zdanowicz.

****

I Międzynarodowy Kongres Traumatologii Sportowej i Artroskopii Europy Środkowo-Wschodniej był pierwszym dużym spotkaniem, podczas którego doświadczeniami wymieniali się eksperci z Zachodu i ze Wschodu. Udział w nim wzięło 723 specjalistów: ortopedów, lekarzy sportowych, fizjoterapeutów, diagnostów, z 21 krajów z całego świata (w tym m.in. z Litwy, Łotwy, Ukrainy, Estonii, Rosji, Mołdawii, Bułgarii, Węgier, Słowacji, Słowenii, Czech, krajów byłej Jugosławii, Niemiec, Austrii, Szwajcarii, ale też ze Stanów Zjednoczonych, oraz krajów Afryki i Azji). Tematyka dotyczyła praktycznie wszystkich stawów oraz różnych metod leczenia ich uszkodzeń.

Wśród zaproszonych gości byli lekarze sportowi opiekujący się na co dzień takimi piłkarzami, jak Christiano Ronaldo (do niedawna M. United, teraz Real Madryt) i Raul Gonzalez z Realu Madryt czy Lionel Messi z FC Barcelona.

PAP - Nauka w Polsce, Joanna Morga

agt/

Fundacja PAP zezwala na bezpłatny przedruk artykułów z Serwisu Nauka w Polsce pod warunkiem mailowego poinformowania nas raz w miesiącu o fakcie korzystania z serwisu oraz podania źródła artykułu. W portalach i serwisach internetowych prosimy o zamieszczenie podlinkowanego adresu: Źródło: naukawpolsce.pl, a w czasopismach adnotacji: Źródło: Serwis Nauka w Polsce - naukawpolsce.pl. Powyższe zezwolenie nie dotyczy: informacji z kategorii "Świat" oraz wszelkich fotografii i materiałów wideo.

Czytaj także

  • Fot. Adobe Stock

    Naukowcy: aktywność fizyczna wpływa na przebieg starzenia się

  • Fot. Adobe Stock

    Analiza: mikrobiota jelitowa może nasilać objawy chorób atopowych

Przed dodaniem komentarza prosimy o zapoznanie z Regulaminem forum serwisu Nauka w Polsce.

newsletter

Zapraszamy do zapisania się do naszego newslettera